Czy podać coś zanim podam rachunek?

Tradycyjną poznańską gościnnością, i to już na wstępie naszej bytności, powitał nas uroczy kelner o wyglądzie nieogolonego amanta filmowego. Co prawda nie do końca nas, a tylko stolik obok, ale od razu zrozumieliśmy, że tu żartów nie będzie :-).

Na początek trochę historii. Co się robi, gdy nie ma się ochoty na przedłużanie franczyzy ze znaną siecią (ach to wszędobylskie logo z odłupanym nosem)? Otwiera się to samo i odradza niczym Fenix z popiołów. Z prawie wierną kopią menu i… czymś little extra.

W naszym wypadku było to specyficzne podejście do klientów spokojnie sączących piwo w niezbyt pełnej restauracji, ale z niecierpliwością czekaliśmy na dalszy bieg wydarzeń.

I nie zawiedliśmy się. Przy zamawianiu zupy pomidorowej upewniliśmy się, że jest to coś w rodzaju ostrego gazpacho, zaś dodając do zamówienia danie główne – grillowaną pierś z kurczaka ze szpinakiem, frytkami i sałatką – byliśmy niemal pewni, że na talerzu pojawi się znany wszystkim zestaw królujący w wielu shoarmiarniach.

I nie zawiedliśmy się. Po obowiązkowej pomyłce kelnera z napojami doczekaliśmy się całkiem gorącej pomidorówki z przypalonymi grzankami, która jedynie rozgrzała nasze podniebienia i mocno zachęciła do konsumpcji main course’a.

I nie zawiedliśmy się. Danie główne było majstersztykiem szybkiego grillowania. Pierś udekorowana łyżką szpinakowej brei, pięknie pływająca w tłustawym sosie, który wspaniale wchłonął całą chrupkość ziemniaczanych talarków. Idealne uzupełnienie kompozycji stanowiło przygotowane zapewne kilka godzin wcześniej nieźle naoliwione garni ze sflaczałą sałatą, dwiema ćwiartkami pomidora i kilkoma plasterkami papryki, wśród których malowniczo meandrowały trzy czarne oliwki.

Pozostało oczekiwać rachunku. I nie zawiedliśmy się. Rachunek pojawił się szybko, wraz z nim kilka słodkich cukierków w koszyczku. Bez zbędnych propozycji deseru, kawy itp.

Po wypełnieniu koszyczka banknotami… nie zawiedliśmy się. Zniknął błyskawicznie wraz z nieskonsumowanymi cukiereczkami, które najwyraźniej (znów w zgodzie z wielowiekową poznańską tradycją kultywowaną rzecz jasna złośliwie przez nas warszawiaków) stanowiły element dekoracyjny i nie podlegający konsumpcji :).

Otrząsnąwszy się już z popiołów – apelujemy: Fenixie, odródź się ponownie czym prędzej! Inaczej my Cię… odradzimy!

Fenix (obecnie Pióro Feniksa)
Poznań, ul. Stary Rynek 78
czynne 11-23 (piątki, soboty do 1)
Facebook