Well done, Timi!

Za taki tekst przed złożeniem zamówienia można tutaj nieźle oberwać patelnią. Ale jako podsumowanie tego, co zrobił Timi z jego ekipą w Warszawie nadaje się już idealnie. Bo już od pewnego czasu chodziły słuchy, że w mieście pojawił się jakiś Krzysztof Jarzyna od steków – koleś, który wie o nich wszystko, serwuje je po swojemu a wygląda jak milion dolarów (tylko że w tatuażach). Na dodatek w jego knajpie można nie tylko zjeść, ale także posłuchać sprośnych stendapów czy pogapić się na prześliczne modelki na pokazach evilowej bielizny.

Pierwszy raz na Świętokrzyską zajrzałem w czerwcu, zwabiony niezłymi recenzjami i informacjami o całkiem przyzwoitym poziomie kuchni. I od razu dostałem nieźle po łbie. Ja, nie jedzący praktycznie niczego poza twardą podeszwą, dostałem do spróbowania mięs ledwo liźniętych ogniem (no dobra, przesadzam) za to w takiej ilości, że naprawdę musiałem od razu zmienić totalnie moje nastawienie do stopnia wysmażenia. Nie było siły, trzeba było to zjeść (kartofelki mogłem zostawić).

I co? I po pierwszych kęsach już było wiadomo, że dam radę i że przede mną leży najdelikatniejsza wołowina jaką widziałem w życiu. I nieważne czy to antrykot, czy ribaj czy tiboun. Rozpływała się w ustach i dawała świetnie pogryźć.

Warto zerknąć do menu i przekonać się, że cenowo za takie doznania wcale nie zapłacicie jak za dwie wieże.

Moje kubki smakowe ponownie dostały orgazmu, gdy poprosiłem o kawałek żebra na spróbowanie. Dostałem faktycznie jedno żeberko.

Które znów rozpłynęło się na języku bez konieczności choćby minimalnego pogryzienia. Aksamitne, przygotowywane wiele godzin i według przepisu znanego tylko Timiemu, (w końcu po kilku miesiącach mi go zdradził).

Poprawiłem genialnymi kiełbaskami, robionymi tylko dla Evila: w wersji zwykłej oraz chorizo i chorizo inferno. Przyznam, że mój wrażliwy na ból żołądek przyjmuje tylko dwie pierwsze wersje. Trzecia pozostaje dla prawdziwych chilliheadów.

Dla mnie optymalne jest także przegenialne chilli con carne – idealnie dosmaczone i nie przeginające z ostrością, które z czystym sumieniem polecę nawet gimnazjalistkom.

Zdziwieni zawartością? Bo ja nie. 🙂

O czymś zapomniałem. Oczywiście w świątyni mięsiwa nie może zabraknąć klasyka, czyli siekanego tatara. Timi przygotowuje go również w autorski sposób (nota bene nauczysz się go na warsztatach, które jak będzie miał ochotę to znów je zorganizuje), co tylko zachęca do spróbowania i odrobiny rozkoszy dla podniebienia.

Ach zapomniałbym jeszcze o deserze.

Na deser proponujemy soczystego steka na gorącym talerzu z możliwością dosmażenia „jak babcia uważa”, oczywiście z opalanego węglem pieca.

O czymś jeszcze faktycznie zapomniałem.

O warzywach.

Są one serwowane nienachalnie, niczym uroda nieodżałowanej Marii Czubaszek. Ot, pieczony kartofelek (idealny dla dbających o linię), gdzieś tam papryka pomiędzy malowniczo meandrującą kukurydzą. W sam raz i bez przesady.

Sosy?

Już za samo pytanie Timi zabija wzrokiem, więc lepiej sobie darujcie marzenia o utopieniu wszystkiego w uwielbianym sosie czosnkowym. Najlepiej nie pytać – nie będzie boleć.

Z sajddiszów jest jedynie symboliczna miseczka ze świeżymi warzywami, więc naprawdę nie ma co narzekać.

Jeśli przyszłaś lub przyszedłeś tu ze swoim facetem, szefowie chętnie przygotują Ci zwykłą sałatkę: grecką, wiosenną czy nawet buraka z kozim serem. Przeżyjesz na pewno.

Jak zatem podsumować te kilka wizyt w Evil Steak House?

Jak dla mnie mamy w końcu w Polsce kogoś, kto chce odmienić oblicze ziemi. Tej ziemi. I robi to z powodzeniem w kolejnych miastach. Więc jeśli nie po drodze Wam do Warszawy, to wypatrujcie pilnie gdzieś bliżej siebie następnych lokali z czarno-czerwonym logo i krową przed wejściem. Zapewne niedługo się pojawią.


SteakHouse Evil
Warszawa, ul. Świętokrzyska 3
tel. 723 606 666
czynne codziennie 8:00-22:00 (piątki, soboty do 23:00, niedziele do 21:00)
Facebook